- A ty co? Nagle się takim obrońcą zrobiłeś. - powiedział blondyn. Chłopak podszedł bliżej. Spod kaptura wystawały brązowe włosy.
- Na twoim miejscu bym się nie odzywał Martin. - powiedział chłopak w kapturze. - Puść ją Jack.
- Chyba cie coś. - odpowiedział 'Jack', który okazał się być chłopakiem z czarnymi włosami. - Nie puszczę jej.
- Pożałujesz. - mówiąc to zakapturzony rzucił się na Jack'a. Odsunął mnie na bok przez co upadłam.
Zakapturzony zaczął walczyć z Jack'iem i trójką innych chłopaków, których imion nie znałam. Zastanowiło mnie jedno. Mianowicie - gdzie jest 'Martin'. Blondyn, do którego była skierowana pierwsza wypowiedź chłopaka w kapturze. Chwilę później poczułam czyjąś dłoń na ustach. Zaczęłam się wyrywać, ale ta osoba była silniejsza. Wszystko mnie bolało, ponieważ osoba ta ciągnęła mnie po ziemi. Ziemi, na której spokojnie można by było znaleźć nawet kawałki szkła. Poczułam, że osoba puściła mnie. Natychmiast obejrzałam się za siebie, gdzie zobaczyłam Martina. Kiedy zorientowałam się, że nic mnie nie powstrzymuje od krzyku, krzyknęłam:
- Pomocy! - pożałowałam tego jednak kiedy blondyn uderzył mnie tak mocno w policzek, że moja głowa obróciła się, a z wargi poleciała krew.
Zaczęłam rozglądać się dookoła trzymając się za bolący policzek. Byliśmy w zaułku. Nagle chłopak chwytając za włosy pociągnął mnie ku górze, na co krzyknęłam z bólu. Martin pchnął mnie na ścianę, po czym sam mnie do niej przycisnął. Zaczęłam płakać. Znowu zaczął mnie całować po szyi. Udało mi się uderzyć go lekko w twarz, próbując go odepchnąć. Dostałam w twarz tak, że tył mojej głowy uderzył w ścianę. Zaczęło mi się robić ciemno przed oczami. Przez chwilę czułam ciężar blondyna na swoim ciele, ale później zniknął. Zjechałam po ścianie w dół i popatrzyłam przed siebie. Zobaczyłam chłopaka, który był wcześniej zakapturzony jednak teraz jego kaptur zsunął mu się z głowy. Bił się z blondynem. Widziałam jak uderzył Martina w twarz, a kiedy blondyn upadł na ziemię, kopnął go kilka razy w brzuch. Schowałam twarz w dłoniach. Nie chciałam na to patrzeć. Poczułam jak ktoś podnosi mnie do góry. Następnie zapadła ciemność.
***
Obudziłam się, kiedy samochód wiechał na dziurę w drodze. Natychmiast zaczęłam się rozglądać. Po mojej prawej zobaczyłam chłopaka z brązowymi, kręconymi włosami, który prowadził samochód. Zobaczyłam także, że mam zapięte pasy. Kiedy ponownie spojrzałam chłopaka - on popatrzył się na mnie. Postanowiłam dowiedzieć się co robię w tym samochodzie, bo ostatnie co pamiętam to to, że ktoś mnie podniósł.
- Co ja tu robię?- zapytałam chłopaka.
- Z tego co widzę to siedzisz. - zaśmiał się.
- Kim jesteś? - zadałam kolejne pytania. Liczyłam, że na niej odpowie mi normalnie.
- Osobą, która ci pomogła. - wrócił wzrokiem na drogę.
- Dziękuje, a teraz mogę wiedzieć gdzie jedziemy?
- Do mnie. - po jego odpowiedzi nie zapytałam już o nic. Trochę sie bałam. Bolała mnie noga i twarz, przez to, że wczoraj oberwałam.
Przez następne piętnaście minut nie odzywaliśmy się. Chłopak prowadził, a ja obserwowałam to co się działo za szybą samochodu. Chwilę później poczułam jak samochodów zatrzymuje się. Popatrzyłam przez przednią szybę. Auto stało na podjeździe przed beżowym domem. Przed domem, który można była nazwać willą. Miała ona czarny dach, a otoczona była wysokim płotem. Po prawej stronie był odrębny budynek z pięcioma wjazdami. Jak się domyśliłam były to garaże na samochody. Po lewej stronie willi rosły duże drzewa. Dom był oświetlony i jednopiętrowy. Więcej nie byłam wstanie zobaczyć, ponieważ było ciemno. Podczas podziwiania willi nie zauważyłam, kiedy chłopak opuścił pojazd i czekał przed nim aż wysiądę. Powoli odpięłam pas i wygramoliłam się z samochodu. Chłopak nacisnął przycisk na kluczykach i zamknął samochód. Poszedł w stronę drzwi wejściowych i otworzył je. Już chciał wejść do środka kiedy zauważył, że nie idę za nim. Gestem zaprosił mnie do środka.
- Chodź, nic ci nie zrobię. - powiedział swoim ochrypłym głosem. Podeszłam do niego i kiedy weszłam do środka, usłyszałam dźwięk zamykania drzwi mruknęłam:
- To się jeszcze zobaczy.
***
Chłopak zrobił mi herbaty, ale nadal się nie przedstawił ani nie powiedział dlaczego mi pomógł i do siebie przywiózł. Kiedy wchodziłam do jego dużego salonu po powrocie z łazienki, otarłam się nogą o szafkę i zasyczałam z bólu. Chłopak podniósł się z fotela, na którym do tej pory siedział i podszedł do mnie. Spojrzał na nogę.
- Trzeba to opatrzyć. - spojrzał na mnie. Następnie chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą do łazienki. Usiadłam na wannie podczas gdy on otworzył szafkę i wyciągnął apteczkę. Wyjął wodę utlenioną i plastry. Tym pierwszym polał moją ranę przez co poczułam pieczenie. Musiałam przygryźć wargę, aby nie krzyknąć. Po zdezynfekowaniu nakleił na tę ranę plaster.
- Gotowe. - uśmiechnął się. Na jego policzkach zobaczyłam urocze dołeczki. - Chodź odwiozę cię do domu tylko wezmę gumy. Wyszliśmy z łazienki.
Poszłam w stronę drzwi wejściowych. Zobaczyłam, że obok nich stoi szafka, na której coś wibruje. Zobaczyłam tam telefon, na który przyszła wiadomość. Przez chwilę mogłam zobaczyć jej treść. Była od niejakiego Louisa " Harry przyjedź do mnie rano, musimy...". Zanim zdążyłam doczytać do końca ekran telefonu zgasł.
Przynajmniej wiem, jak on ma na imię. Harry.
Harry przyszedł chwilę później. Wyszliśmy z jego domu i poszliśmy do samochodu. Po pół godzinnej jeździe dojechaliśmy pod MÓJ dom.
- Skąd znasz mój adres? - zapytałam trochę przerażona, ponieważ będąc u niego nawet przez chwilę nie wspomniałam gdzie mieszkam.
- Być może kiedyś się dowiesz. Dobranoc. - odpowiedział chłopak. Wiedziałam, że kiedy wejdę do domu to od razu pójdę spać mimo tego, że robiło się już jasno.
- Dobranoc Harry. - chłopak tylko spojrzał na mnie zdziwiony i nie zdążył wypowiedzieć żadnego słowa, ponieważ wyszłam z jego samochodu i poszłam do domu. Z doniczki obok wyjęłam klucz, którym otworzyłam drzwi.